niedziela, 5 grudnia 2010

I jak tu się nie bać samej siebie...






Czasami boję się tego, że to moje tworzenie jest takie nieobliczalne. Na początku miały to być kolczyki gronka, takie niewielkie, może sztyfciku. Potem okazało się że perełek jest za mało na kolczyki. Pomyślałam więc, że może wisiorek? Po czym okazało się, że zostało mi jeszcze parę perełek. W tym samym momencie przypomniałam sobie gdzieś kiedyś widziany naszyjnik, właśnie z takim długim wisiorkiem-dyndorkiem;). Strasznie mi się wtedy spodobał. A więc zrobiłam długaśny wisiorek, noo ale trzeba było do czegoś przyczepić te perełki.  Wykombinowałam więc delikatny młotkowany motyw, który wyobrażałam otoczony wrapową częścią. Ale pomyślałam sobie, że może spróbuje przyczepić to tylko do tej części, że pewnie wyglądało by to ciekawie. Po czym zmontowałam wszystko razem, i wyszło tak jak chciałam. Przy czym na początku nie wiedziałam, że tak chciałam. I jak tu się nie bać samej siebie... ;)
Mam dla tego naszyjnika dwa pomysły na nazwę. Pierwszy to "Marie Antoinette" - ten kolor pereł zawsze kojarzył mi się z tą postacią. Drugi to "Her Morning Elegance" Chyba dlatego, że jest taki świeży, delikatny. Pościelowy bym powiedziała. No i lubię tą piosenkę. Jeszcze się nie zdecydowałam na żaden tytuł:)

6 komentarzy:

kasica53 pisze...

Ja obstawiam drugi tytuł :) Śliczna nowość u Ciebie :)

Wilk w owczej skórze pisze...

Jest przepiękny :)
Ja też obstawiam "Her morning ellegance", bo raz, że też lubię ten utwór, a dwa, że klip do niego jest niesamowity. :)

ainuin1 pisze...

A ja się Ciebie nie boję ;-)
Piękny ten naszyjnik!

lanua pisze...

to jest własnie najciekawsze w tworzeniu - zazwyczaj to co się zaplanuje po ukończeniu pracy okazuje się czymś zupełnie innym
:-)))))

Galeria Margo pisze...

Też tak mam - zaczynam od pomysłu a potem pomysł dostaje nóg i idzie tam gdzie chce :) Efekt końcowy zazwyczaj jest niespodzianką :) Ale to właśnie jest świetne :)

Poohatka pisze...

zgadzam się z Margo :) naszyjnik jest przecudny, zwiewny, delikatny, uroczy... a nawiązując do jednego z ostatnich Twoich postów, w którym pisałaś, że na wszystko przychodzi czas - mam nadzieję, że na mnie i moje miedziane druciki czekające od wakacji też kiedyś przyjdzie czas... i że nie będzie to zbyt odległa przyszłość :)