Moja przygoda z blachą miedzianą sięga dosyć dawnych czasów. Kombinowałam, próbowała, jeżeli coś mi wyszło to pokazałam, czasami moje "próby" lądowały w przypływie dzikiej rozpaczy i braku sił w koszu. Nie mogłam jednak znaleźć sposoby wykorzystania jej, który w stu procentach by mi odpowiadał. Który nie prowokował by mnie do wyrywania włosów z głowy i obgryzania paznokci (może troszkę przesadzam, ale chyba każdy wie o co chodzi). I kiedy na prawdę myślałam że się poddam (nie pomagały również uwagi mojeg lubego, który kiedy narzekałam na brak narzędzi, odpowiedniego miejsca, oświetlenia, aury, pogody, itp podczas moich prób "pocieszał" mnie mówiąc, że złej baletnicy przeszkadza rąbek od spódnicy, czy jakoś tak, nie jestem zbyt dobra w zapamiętywaniu przysłów;), coś wreszcie zaskoczyło. Spodobało mi się, tak po prostu, połączenie blachy z drucianymi zawijasami. I trzeba przyznać, że żadnych skomplikowanych narzędzi nie trzeba było mieć...
Zastanawiam się niekiedy, jak to jest, że czasami naprawdę nic się nie udaje, chociaż bardzo chcemy, to znowu po prostu przychodzi taki poranek, kiedy znów wszystko dobrze się układa. Miedź pracuje tak jak tego chcę, drut dobrze się kształtuje, a pomysły, idee, itp same przychodzą do głowy... Odpowiedzi niestety nie znam, chociaż bardzo bym chciała:)
Powracając jednak do biżu - niedługo pewnie pokażę nowe biżuteryjne tworki blaszano/druciane:)








